Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
www.adwentysci.waw.pl

Z pożółkłych kart przeszłości (cz. 9)

HISTORIA | 30/08/2007 | Jan Kot

"Z pożółkłych kart przeszłości" - to karty pisane ręką ludzką - o ludziach. Pisane były dawno, przez życie. Jak świat światem, ludzie na ziemi żyjący, usiłowali utrwalić swoją przeszłość na piśmie. Jednym z pisarzy był Mojżesz, który opisywał to, co sam widział, lub usłyszał od innych.

Chwała wielu pisarzom, których wysiłek został upamiętniony w postaci Biblii i innych dzieł. Ewangelista Łukasz, gorąco zalecał spisywanie dziejów kościoła (Łuk. 1, 1-4) - dla pożytku przyszłych pokoleń.

W dziale "Z pożółkłych kart przeszłości" usiłujemy utrwalić przeszłość ludzi trudu, wysiłku - bo to co nie spisane, przechodzi do niebytu, ulega zapomnieniu; ginie tożsamość. Życie człowieka, jak całej natury, podlega pewnym prawom i rytmom.

Przychodzimy na świat, rodzice (lub wychowawcy) o nas dbają, uczymy sie życia, żyjemy lepiej lub gorzej, walczymy i zdobywamy (co się da!), starzejemy się i w końcu odchodzimy. "Wszystko ma swój czas - czytamy w Księdze Koheleta - i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest (...) czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów (...) czas milczenia i czas mówienia..." (Koh. 3,1.4.7).

Naogół mało jest ludzi, którzy lubią (czy chcą) mówić o sobie. Można zostać źle odebranym przez innych! Każdy z nas ma coś do przekazania. Może to być np. sposób na lepsze życie; może doświadczenia i przeżycia; prowadzenie Boże w życiu... Czytający porównując - może się dużo nauczyć! Ktoś powiedział: "Pamięć jest darem od Boga, a nawet śmierć nie zdoła jej zniszczyć". W dziale naszym dzisiaj wspomina dawne dzieje - zboru w Brześciu nad Bugiem - pastor E. J. Majchrowski.

Pr Eugeniusz J. Majchrowski ur. 8.07.1928 r w Brześciu n/Bugiem. Jesienią 1950 r. zapisał się na studia historyczne na Wydziale Humanistycznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który ukończył w 1955 r., otrzymując stopień magistra. Jednocześnie studiował zaocznie w Seminarium Duchownym Kościoła ADS w Kamienicy na Śląsku.

Od r. 1953 podjął pracę w kościele tj. w Lublinie i okolicznych grupach. Jesienią 1959 r. jako kaznodzieja próbny przeniesiony został do pracy w okręgu katowickiem; a w 1961 r. do Radomia. W r. 1964 emigrował do Australii z żoną Czesławą oraz córkami Alicją, Joanną i Elżbietą. Tutaj w 1973 r. został ponownie powołany do pracy kaznodziejskiej przez wiktoriańskie Zjednoczenie (Diecezję).

W latach 1974 - 75 pracował w polskim zborze Oakleigh. Na zebraniu namiotowym 10. 01. 1976 r. został ordynowany do pracy kaznodziejskiej. Nieco wcześniej, bo w grudniu 1975 r. został powołany przez Zjednoczenie Południowej Australii do pracy w polskim zborze w Adelajdzie, gdzie pracował do roku 1993

Od roku 1975, kiedy to był inicjatorem wydawania własnej polskiej prasy adwentystycznej, jest związany z wydawaniem "Wiadomości Polonii Adwentystycznej", najpierw jako sekretarz, a następnie redaktor az do chwili obecnej (z przerwą 2 lat, kiedy redaktorem był pr. Romuald Wawrzonek).

Życzymy dużo sił i zdrowia oraz prowadzenia Bożego w tak ważnej pracy dla całej Polonii adwentystycznej w Australii.

dr Tadeusz Niewiadomski & Bogusław Kot







Moja droga do Adwentyzmu

Jesień 1942 roku była, ciepła, słoneczna i gdyby nie tocząca się wojna oraz trudności z nią związane, można by cieszyć się z tego czym darzył nas Bóg w przyrodzie. Niestety, radość z powodu klęski wojsk sowieckich poniesionej w trakcie czerwcowego uderzenia Niemców (1941) na Związek Sowiecki, (co uratowało nas i tysiące innych Polaków zamieszkujących Brześć od wywózki na Sybir lub do Kazachstanu) zaczęła szybko ustępować pod wpływem zwiększającego się terroru niemieckiego (aresztowania, rozstrzeliwania - nawet niedaleko od nas, na fortach, wywózki na roboty do Niemiec). Życie codzienne było związane z różnymi trudnościami, począwszy od zaopatrzenia w żywność, odzież i inne artykuły codziennego użytku.

Moi rodzice - Maria i Jan Majchrowscy, jak mogli starali się zapewnić nam to co było konieczne do życia. Tatuś pracował początkowo w restauracji jako szatniarz (od południa, niekiedy do późnej nocy), ja zaś wraz ze średnim bratem pomagaliśmy mu czasami. Oprócz wypłaty dostawał tygodniowo lub raz na dwa tygodnie dodatkowy “deputat” w postaci kilku (do 8) bochenków chleba pszennego, zamiast gorzkiego z jęczmieniem, jaki dostawaliśmy na kartki. Mama dzieliła się z innymi nadwyżką, a kartki na chleb oddawaliśmy tym, którzy byli w potrzebie. Pamiętam, że pewnego popołudnia nieśliśmy chleb w worku i przechodziliśmy obok obozu sowieckich jeńców wojennych. Obóz otoczony był wysokim płotem z drutu kolczastego, a wokół chodził niemiecki wartownik. W większości byli to żołnierze starszych roczników. Jeńcy prosili o coś do jedzenia. Wartownik spojrzał na nas, odwrócił się i poszedł w przeciwnym kierunku. Tatuś wyjął szybko jeden czy dwa bochenki chleba, przerzucił je przez kolczasty płot po czym szybko oddaliliśmy się z tego miejsca.

Mama od czasu do czasu wyjeżdżała na wieś, aby tam za wymianę artykułów włókienniczych i innych, otrzymać potrzebne nam produkty żywnościowe. Było nas trzech braci. Ja - Eugeniusz (Gieniek), byłem najstarszy i miałem wtedy już 14 lat, średni - Stanisław (Stasiek), miał 12 lat, a Jerzy (Jurek) 9 lat. Wszyscy chodziliśmy do szkoły. Młodsi bracia do szkoły powszechnej, ja zaś do szkoły handlowej w mieście na ul. Sienkiewicza.

Mieszkaliśmy, we własnym domu na Nowym Brześciu, na północny wschód od Grajewki, przy ul Zgoda 52. Na tej samej ulicy, na rogu ulic Zgoda i Legionów (ulica ta prowadziła od koszar położonych na północ od dworca kolejowego na wschód do II Fortu) mieszkali państwo Gozdeccy. W latach 1931-32, zamieszkaliśmy w części ich domu jako lokatorzy. Byli oni wyznania prawosławnego (p. Gozdecki był raczej agnostykiem)), ale w czasie, kiedy zaczyna się moja opowieść, pani Barbara Gozdecka była już adwentystką, lecz nazywano ją po prostu sobotnicą z uwagi na święcenie soboty. Uczęszczała ona razem z dziećmi (Ola, Sonia i Władek) do zboru adwentystycznego, który mieścił się równieź na ul Zgoda w mieszkaniu państwa Marii i Bolesława Wawrzonków. Moi rodzice znali państwa Wawrzonków, ale nie utrzymywali z nimi żadnych kontaktów na co dzień, oprócz tego, że raz w roku pożyczali od nich szatkownicę do krajania kapusty na zimę.

Pewnego dnia mama wracając do domu (wraz ze mną) wstąpiła do pani Gozdeckiej w jakiejś sprawie. Spoglądając na podwórko zauważyła tam jakieś narzędzie do pracy w ogrodzie i zapytała czy mogłaby je kiedyś pożyczyć. Uzyskawszy pozytywną odpowiedź powiedziała, że w takim razie przyjdzie po nie w sobotę. Pani Gozdecka natychmiast odpowiedziała, że “każdego innego dnia, ale nie w sobotę, gdyż w sobotę jest święto i my zachowujemy ją zgodnie z przykazaniem Bożym”. Mama odpowiedziała, że “niedziela jest dniem świętym”. Usłyszała wtedy, że w Biblii przykazanie nakazuje święcenie soboty - sabatu, a nie niedzieli. Moja mama odpowiedziała wówczas: “To może w waszej Biblii, ale w naszej katolickiej napisane jest o święceniu niedzieli”. Wywiązała się dyskusja. Pani Gozdecka powiedziała do mamy, że jeżeli znajdzie w swojej katolickiej Biblii dowód, że należy święcić niedzielę, to będzie z mamą uczęszczać do Kościoła Katolickiego.

Po powrocie do domu, w trakcie rozmowy z tatą, mama powiedziała: “Janku, wiesz co mi dzisiaj powiedziała ta sobotnica, Gozdecka? - że “należy święcić sobotę zgodnie z Biblią”. Powtórzyła całą dyskusję. Następnie dodała: “U Romańczukowej (dalsza sąsiadka z rogu ul. Zgoda i Legionów, ale po przekątnej do Gozdeckiej) ksiądz (nazwiska nie pamiętam) uciekając przed bolszewikami za Bug, pozostawił swoje książki, a w tym Biblię. Pójdę do niej, pożyczę Biblię i udowodnię tej sobotnicy, że my mamy rację”. Któregoś dnia mama przyniosła Biblię do domu.

W tym czasie mama, po zajęciach całego dnia, wieczorami przędła na kołowrotku wełnę, którą poprzednio kupiła u gospodarzy na wsi, a następnie zgręplowała w specjalnym zakładzie, gdzie niemal całą noc czekaliśmy w kolejce. Pewnego wieczora mama poprosiła mnie, abym czytał tę Biblię a ona słuchając będzie przędła, ponieważ chce oddać do roboty gotową włóczkę dla nas na swetry w związku ze zbliżającą się zimą. Wtedy też zapytała nas co będzie, gdy znajdziemy w Biblii coś na temat święcenia soboty. Moi młodsi bracia natychmiast odkrzyknęli, że nigdy nie będą święcić soboty, “bo ludzie będą się z nas śmiali”. Ja, jak pamiętam, milczałem nie wiedząc co odpowiedzieć.

Przez kilka tygodni, wieczorami, po raz pierwszy w życiu, czytałem Biblię. Zacząłem od Starego Testamentu i doszedłem do miejsca, kiedy Biblia zaczęła wymieniać rodowody tych, którzy zaczęli się rozmnażać po potopie. Wydało mi się to zbyt nudne i nieciekawe i powiedziałem o tym mamie. Wówczas mama poprosiła, abym otworzył Objawienie św. Jana, gdyż tam, podobno, napisane są ciekawe rzeczy. Kiedy doszedłem do czytania proroctw związanych z trąbami i pieczęciami, okazało się to dla mnie zbyt skomplikowane. Potem czytaliśmy Biblię na wyrywki a po pewnym czasie, gdy pojawiły się inne zajęcia, po prostu przestaliśmy ją czytać i w ten sposób nie znaleźliśmy niczego na temat soboty ani niedzieli. Po paru miesiącach p. Romańczukowa upomniała się o Biblię i mama ją oddała.

W tym czasie na świecie wojna nadal trwała niemal na wszystkich kontynentach. Na wschodzie Niemcy doszli do Stalingradu nad Wołgą, mimo, że nie udało im się zdobyć Moskwy. Inna grupa wojsk niemieckich ruszyła w kierunku Kaukazu. Po zwycięskiej bitwie wojsk angielskich pod El Alamein w Afryce, w październiku 1942 roku, Niemcy byli w odwrocie, a zachodni alianci wylądowali w Maroko i Algierze. Trwała wojna na Pacyfiku.

Tymczasem u nas w Brześciu, gdzieś w połowie grudnia 1942 roku, Niemcy zaczęli likwidować getto żydowskie. Kiedy rano szedłem do szkoły, zobaczyłem na ulicy Sienkiewicza, gdzie była nasza szkoła (duża, piętrowa kamienica), Niemców i ukraińskich policjantów prowadzących grupę Żydów, a na śniegu, we krwi, leżał jakiś zabity Żyd. Widok był wstrząsający mimo, że widziałem już poprzednio wielu zabitych i poszarpane zwłoki. Należy dodać, że po drugiej stronie ulicy od naszej szkoły było getto, rozpoczynając od chodnika, tak iż jezdnia była już po stronie aryjskiej. Getto ogrodzone było wysokim płotem z drutów kolczastych. Część Żydów wywożono na tzw. Białą Górę w kierunku Baranowicz, część rozstrzeliwano na miejscu, a niektórym udało się uciec (na jak długo?).

Po powrocie ze szkoły w domu nie zastałem rodziców ani braci. Dokładnie tego nie pamiętam czy było to tego samego dnia gdy zaczęto likwidować getto czy dnia następnego, w każdym razie byłem sam w domu. Jak to w zimie bywa szybko zapadał zmrok. Do mieszkania weszła kobieta z dziesięcioletnią córką. Była to znajoma Żydówka, żona szklarza, który przed wojną szklił okna w naszym nowym domu. Poznałem ją i przestraszyłem się czy nie zjawi się jakiś Niemiec lub ukraiński policjant, gdyż groziło to śmiercią całej naszej rodzinie. Kobieta i jej córka były głodne i prosiły o coś do jedzenia oraz o to abym wskazał im drogę w kierunku jakiejś wsi. Dałem im chleb i coś do chleba oraz wyprowadziłem na ulicę i wskazałem kierunek w którym powinny iść. W ciągu kilku dni Niemcy “zlikwidowali “ getto, a niektórzy mieszkańcy miasta i okolicznych wiosek na własną rękę zaczęli rabować pozostawione mienie żydowskie. Niemcy zareagowali na to ostro i na drugi lub trzeci dzień po lekcjach dowiedziałem się, że na rogu Alei Kościuszki i ul. Długiej powieszono jakichś ludzi. Poszedłem zobaczyć i zauważyłem, że na ubraniach powieszonych są duże kartki z napisem “Ja rabowałem”. Ciekawe, że napisy były w języku polskim, chociaż Brześć w tym czasie był włączony przez Niemców w dystrykt Ukrainy i mieliśmy ukraińską policję (w czarnych mundurach). Potem Niemcy sami wystawili cały majątek Żydów na licytację i nie nazywano tego grabieżą.

Ponieważ coraz częściej zaczęły pojawiać się ogłoszenia o zgłaszaniu się pewnych roczników młodych ludzi na roboty do Niemiec, pomimo, że mój rocznik nie podlegał jeszcze temu obowiązkowi, w lutym czy marcu1943 roku tatuś porozumiał się z moim wujkiem, Wacławem Katkowskim - szwagrem mojej mamy, który pracował jako starszy monter na poczcie przy instalowaniu (zakładaniu) telefonów, pytając czy byłoby możliwe dla mnie zaczepić się w tym zakładzie jako uczeń monterski. Wujek załatwił to ze swoim szefem, Niemcem z Bawarii. W ten sposób, zostawiwszy szkołę, stałem się uczniem monterskim w Telegraphenbaubezirk I, a tym samym miałem zaświadczenie z pracy na wypadek łapanki. Mój zakład mieścił się na ul Dąbrowskiego w centrum miasta.

W tym czasie mój tatuś pracował w mieście jako zastępca kierownika młyna, którego kierownikiem był pan Królikowski, właściciel restauracji w której poprzednio tatuś pracował. Jeśli chodziło o produkty mączne i kasze to nie mieliśmy problemu, gdyż każdego miesiąca tato miał możliwość przemiału pewnej ilości zboża. Mama często dzieliła się tym z tymi, którym brakowało.

Wojna toczyła się dalej, ale po kapitulacji VI Armii w Stalingradzie w lutym 1943 r., Niemcy na wschodzie coraz częściej się cofali. Alianci zaczęli przygotowania do inwazji na Włochy. W tych przyszłych walkach miał też odegrać niepoślednią rolę II Koprus Polski gen. Władysława Andersa.

Przyszła wiosna 1943 roku. W kwietniu było już ciepło. W poniedziałek dnia 12 kwietnia o godz. 14.00 mama miała pojechać ze znajomym gospodarzem na wieś, aby zaopatrzyć się w żywność na święta Wielkanocne. Następna niedziela miała być niedzielą palmową. W tym czasie pracowałem już jako uczeń monterski i około godz. 17.00 wracałem do domu. Bracia nadal chodzili do szkoły, która mieściła się na ul. Fortecznej i przed godz. 13.00 powinni być w domu, a więc przed odjazdem mamy. Tatuś przychodził o godzinę wcześniej ode mnie. Kiedy byłem już blisko domu (około 100m.), spotkałem mego wujka, Katkowskiego, wracającego od nas i ten zatrzymując mnie powiedział nagle: “Gieniek! Stasiek i Jurek nie żyją!” Poczułem nagle, że moje nogi osuwają się jak gdyby były z waty. Błyskawiczna wiadomość zaszokowała mnie. Jak tylko mogłem najszybciej pobiegłem do domu. Mama leżała na łóżku jakby poczerniała. Koło domu i wewnątrz było pełno ludzi.

Dowiedziałem się wtedy, że moi bracia i ich dwaj koledzy, Bogusław Gadomski i Józef Graczyk, po lekcjach w szkole poszli na forty do lasu jakoby naciąć bazi na niedzielę palmową i nie wrócili na czas do domu. Mama odwołała swój wyjazd na wieś i poprosiła kolegę Staśka, Zygmunta Popiela (naszego sąsiada), aby poszedł z nią do lasu i pomógł odnaleźć braci, gdyż on znał drogę. Po pewnym czasie Zygmunt zawołał:” Stasiek, nie chowaj się!”, gdyż zauważył mego brata leżącego pod krzakiem. Okazało się, że miał poszarpane ręce w nadgarstkach i już w gangrenie. Ostatkiem sił dobrnął do tego krzaka. Ponieważ w tej sytuacji mama nie mogła mu już pomóc, zapytała o Jurka a on tylko skinął głową w kierunku gdzie należało go szukać. Mama pomodliła się z nim i szybko wróciła z Zygmuntem do domu (odległość jakieś 1,5-2km.), gdyż robiło się ciemno i trzeba było zorganizować jakąś pomoc.

W międzyczasie tatuś wrócił z pracy i po powrocie mamy natychmiast zorganizował pojazd i sporą grupę ochotników i wraz z Zygmuntem, który już znał miejsce gdzie pozostawili Staśka,udali się na miejsce wypadku. W niedługim czasie po moim powrocie z pracy przywieziono ciała moich dwóch braci i ich kolegów. Okazało się, że prawdopodobnie majstrowali przy rozbieraniu jakiegoś większego pocisku, który się rozerwał. Na fortach było pełno różnego rodzaju amunicji po ucieczce wojsk sowieckich.

Trudno opisać smutek, żal i nasze przeżycia związane z tragiczną śmiercią braci i ich kolegów. Pogrzeb odbył się dwa dni później (tak mi się wydaje). Było mnóstwo ludzi, i obrzędy pogrzebowe odbyły się koło domu, a następnie cztery trumny wieziono na dużym wozie zwanym bałaguła (trumny ułożono w poprzek wozu). Pamiętam, że gdy kondukt pogrzebowy przechodził ulicami, w pewnej chwili z przeciwnej strony jechał dorożką major wermachtu. Kazał zatrzymać dorożkę, stanął w dorożce i salutował, aż trumny przejechały. Obrzędy pogrzebowe odbyły się także na cmentarzu katolickim, na Kijówce i tragicznie zmarłych pochowano w jednym grobie.

Po pogrzebie spędziłem kilka dni u mego kolegi Cześka Sucharzewskiego, który z rodzicami i młodszym bratem, Marianem, rówieśnikiem Staśka, mieszkał na ul. Legionów, bliżej koszar. Niedziela palmowa i święta Wielkanocne minęły nie w radości lecz w żałobie. Tak się złożyło, że nasza tragedia rodzinna połączyła się z tragedią narodową, gdyż właśnie 13 kwietnia radio niemieckie podało do wiadomości, że w Katyniu, niedaleko Smoleńska, Niemcy odkryli masowe groby polskich oficerów, którzy zostali pomordowani wiosną 1940 roku przez sowieckie NKWD. Tą wiadomością zainteresowaliśmy się nieco później, już po pogrzebie, kiedy szczegóły zaczęły ukazywać się w Nowym Kurierze Warszawskim.

Nie jestem w stanie wyrazić żalu, smutku i boleści, jakie przeżyliśmy w czasie poprzedzającym pogrzeb i po pogrzebie. Ja i mój ojciec mieliśmy w jakiś sposób część czasu wypełnioną pracą, a mama sama rozpamiętywała te smutne chwile. Potem powiedziała, że już więcej nie będzie jeździła na wieś po żywność. Zostało nas tylko troje i to co tatuś zarobi wystarczy dla nas.

Po świętach Wielkanocnych, które minęły w smutku,mama postanowiła znaleźć ukojenie w czytaniu Biblii i ponownie pożyczyła ją od p. Romańczukowej. W niedługim czasie, bez żadnych konsultacji z kimkolwiek, znalazła wiele różnych informacji zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie, które stały w sprzeczności z dogmatami i naukami Kościoła Katolickiego. Było to dla niej szokujące. Należy zaznaczyć, że w tym czasie nie kontaktowała się z kimkolwiek z adwentystów. Po prostu samodzielnie studiowała pewne zagadnienia, które poddawały w wątpliwość dotychczasowe jej wierzenia. Po pewnym czasie (nie były to tygodnie, ale dnie) zaczęła się dzielić z nami swoimi wątpliwościami. Jak gdyby Biblia sama otwierała przed nią wiele ze swych prawd. Zrozumiała zagadnienie święcenia soboty, a nie niedzieli (czwarte przykazanie z II Mojż. 20), sprawę oddawania czci obrazom i figurom i szereg innych nauk Kościoła Katolickiego, które okazały się niezgodne z naukami Słowa Bożego.

Mama podjęła decyzję, że będzie święcić sobotę, ponieważ Bóg wymaga tego od nas, a niedzielę także, aby nie gorszyć otoczenia. Jednakże, gdy w pewnym momencie otworzyła Biblię znalazła, między innymi, tekst w którym Jezus mówi: “...tego, kto by się mnie zaparł przed ludźmi, i Ja się zaprę przed Ojcem moim, który jest w niebie” (Mat. 10:33). Mama po prostu przeraziła się i od tej chwili zaczęła dzielić się swoimi wątpliwościami ze wszystkimi, z którymi się spotykała. Tak się złożyło, że w nocy z 1 na 2 maja 1943 r., po raz pierwszy od rozpoczęcia wojny niemiecko-sowieckiej, Brześć został zbombardowany przez lotnictwo sowieckie. Były duże straty i pożary. Na przeciwko mojego zakładu pracy, po drugiej stronie ulicy, była zbombardowana duża kamienica, gdzie mieścił się jakiś sztab wojskowy. Pamiętam, że w wolnej chwil, poszedłem tam i na jednej ze ścian znalazłem dużą mapę, gdzie były zaznaczone różne miejscowości i aktualne pozycje frontu. Zdjąłem tę mapę, zabrałem do domu i powiesiłem u nas w pokoju na ścianie. Ludzie obawiali się ponownych nalotów. Wiele osób mieszkających blisko obiektów strategicznych na noc uchodziło do znajomych na dalsze przedmieścia. W naszym domu każdego wieczoru było zawsze około10 osób. Mama dzieliła się także z nimi swoimi spostrzeżeniami z przeczytanych rozdziałów Biblii.

Pewnego wieczoru, gdy mama źle się czuła i leżała w sypialni, a w dużym pokoju stołowym było sporo osób, ktoś wszedł i powiedział, że nadchodzi ksiądz. Był to proboszcz naszej parafii na Grajewce, dr Stanisław Łazar. Tatuś i ja natychmiast wyszliśmy na zewnątrz aby go powitać. Po powitaniu, gdy ksiądz zatrzymał się przy nas, powiedział: “Słyszałem, że pańska żona zaraziła się heretykami”. Na to tatuś odpowiedział: “To źle ksiądz słyszał. Moja żona z nikim nie rozmawiała i nigdzie nie chodziła, ale czyta Biblię i ma pewne wątpliwości. Myślę, że jeżeli ksiądz jej to wyjaśni, wszystko będzie w porządku”. Obydwaj tak myśleliśmy.

Gdy weszliśmy do mieszkania wszyscy powitali księdza, a mamusia, gdy się dowiedziała, że ksiądz idzie, ubrała się, otworzyła drzwi i powitawszy księdza powiedziała: “Myślę, że ksiądz przyszedł do mnie, proszę wejść do drugiego pokoju”. Weszliśmy tam także z tatą i zamknęliśmy drzwi. Ksiądz z miejsca powtórzył to samo co powiedział do taty, że słyszał, iż mama zaraziła się heretykami. Mama odpowiedziała w podobny sposób jak tatuś: “To źle ksiądz słyszał. Nigdzie nie byłam i z nikim nie rozmawiałam, ale czytam Biblię i mam pewne wątpliwości. Niech ksiądz zobaczy czy to jest dobra Biblia?” Ksiądz obejrzał, była to Biblia w tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka i miała “imprimatur”. Ksiądz powiedział, że jest dobra.

Zaczęła się dyskusja, a mama zasypała księdza wieloma pytaniami dotyczącymi tego, które z doktryn Kościoła Katolickiego były niezgodne z Biblią, z Ewangelią. Na żadne z jej pytań ksiądz nie dał mamie konkretnej odpowiedzi. Kiedy mama zażądała takiej, ksiądz Łazar powiedział: “Radzę, aby pani przyszła do swego proboszcza na parafię - człowiek bądź co bądź wykształcony, znający szereg języków, a on udzieli pani właściwej odpowiedzi”. Mówił w tym przypadku o sobie. Jednakże u nas w domu nie dał żadnej odpowiedzi na pytania mamy. Wówczas mama powiedziała: “Mnie do zbawienia tyle nie potrzeba. Ponieważ ksiądz nie dał mi odpowiedzi na moje pytania, wobec tego pójdę do tych adwentystów, aby się przekonać czy oni żyją zgodnie z tym co znalazłam w Biblii, a jeśli nie nigdzie nie będę chodziła”. Ksiądz odpowiedział: “Pani tam nie pójdzie”. Mama odpowiedziała: “A dlaczego, czy ksiądz nie da mi rozgrzeszenia?” Na tym zakończyła się rozmowa. Ksiądz pożegnał nas i wyszedł. Odprowadziliśmy go do ulicy, ale byliśmy bardzo zawiedzeni tą wizytą, gdyż ksiądz nie udzielił żadnej konkretnej odpowiedzi, a spodziewaliśmy się, że wizyta księdza rozwiąże problem i mama nie będzie dalej poszukiwać jakichś nowych nauk.

W nadchodzący piątek wieczorem, moja mama bez uprzedniego spotykania się z adwentystami, poszła na zebranie modlitewne do domu państwa Marii i Bolesława Wawrzonków, gdyż to w ich domu odbywały się nabożeństwa. Należy zaznaczyć, że Maria Wawrzonek i Ada Wojciechowska były pierwszymi adwentystkami z Brześcia, a ochrzczone zostały na okręgowym zjeździe w Pożarkach na Wołyniu w 1928 roku. Zgromadzeni tam adwentyści byli kompletnie zaskoczeni, gdyż nie wiedzieli o poszukiwaniu prawd biblijnych przez moją mamę. Następnego dnia, w sobotę (była to pierwsza sobota maja) mama poszła na nabożeństwo, a następnie oświadczyła w domu, że znalazła to, czego szukała. Tatuś powiedział aby uważała i nie zrobiła jakiegoś głupstwa.

Tymczasem ja z tatą chodziliśmy codziennie wieczorem do kościoła na nabożeństwa majowe. Wieść o tym, że mama zaczęła uczęszczać do adwentystów szybko rozniosła się w okolicy. Pewnego wieczora, gdy przybyłiśmy do kościoła, a spóźniliśmy się nieco i stanęliśmy na stopniach schodów wraz z innymi, którzy przyszli później, ksiądz miał kazanie w którym wspomniał o heretykach, którzy wg jego opinii byli wyrzutkami społeczeństwa, ale “czasami - jak powiedział - trafia do nich jakaś zbłąkana dusza, którą należy ratować”. Była to wyraźna aluzja do mojej mamy i ludzie tak to odebrali. Po skończonym nabożeństwie większość tych, którzy wychodzili z kościoła spoglądała na nas “spode łba”, a wujek, który także opuszczał kościół, nawet się nie ukłonił chociaż był dużo młodszy od mego taty. Wracając z kościoła do domu, jakiś czas milczeliśmy, a w pewnym momencie tatuś powiedział do mnie: “Moja noga więcej nie postanie w tym kościele”.

W następną sobotę tatuś poszedł z mamusią na nabożeństwo do Kościoła Adwentystów mówiąc, że chce zobaczyć gdzie mama chodzi i już tam pozostał. Ja nadal uczęszczałem na majowe nabożeństwa do kościoła często z grupą moich kolegów szkolnych. Miałem kilku bliskich kolegów (z koleżankami w tym czasie straciłem kontakt), z którymi częściej przebywałem. Któregoś dnia, już w drugiej połowie maja, mama poprosiła mnie abym przyszedł na nabożeństwo adwentystów. Odmówiłem, twierdząc, że mam swoje lata aby decydować w sprawach religijnych. W jakiś czas potem tatuś zwrócił się do mnie z podobnym zaproszeniem dodając, że to przecież nic takiego, pójść i zobaczyć, a to do niczego nie zobowiązuje. Jakoś nie mogłem odmówić tacie. W piątek, przed ostatnią sobotą maja, poprosiłem wujka w pracy, aby mi załatwił wolną sobotę u szefa, Niemca. Wujek najpierw oburzył się i odpowiedział: “Czy i ty zwariowałeś?” Odpowiedziałem, że chcę tylko zobaczyć dokąd rodzice chodzą. Wujek załatwił mi to zwolnienie.

Odwiedziny w zborze wywarły na mnie duże wrażenie. Nie zauważyłem żadnej liturgii podobnej do tej, która istnieje w Kościele Katolickim. Nabożeństwo składało się z pieśni, modlitw, wspólnego rozważania Słowa Bożego i kazania. Usiadłem na końcu, było to przedłużenie pokoju (nabożeństwo odbywało się w prywatnym mieszkaniu p. Wawrzonków) i przy ścianie stała ławka na której usiadłem, a obok mnie usiadł jakiś młodzieniec, starszy ode mnie o kilka lat. Później dowiedziałem się, że nazywał się Mietek Sławiński i jak powiedział przyszedł na zaproszenie matki, która była adwentystką. Zaraz po nabożeństwie wyszliśmy pierwsi na podwórze, a stamtąd na ulicę. Natychmiast grupa chłopców siedząca na ulicy o jakieś 30 m dalej, zaczęla krzyczeć: “Sobotnicy, diabłów pomocnicy!”. Mietek oburzył się i powiedział: “Jak to, przyszedłem tu po raz pierwszy i już mnie przezywają? Ja im pokażę!” Puścił się biegiem w ich kierunku, złapał któregoś z nich i zaczął go okładać. Z dala inna grupa chłopców wołała: “To nie sobotnicy, to porządni ludzie, sobotnicy się nie biją”. Stało się to dla nas później angdotą, że “porządni ludzie biją”, a także wspomnieniem z naszego pierwszego pobytu u adwentystów.

Od tego czasu pozostałem już w zborze adwentystycznym, a jednocześnie przestałem uczęszczać na ostatnie dwa lub trzy nabożeństwa majowe i wogóle do Kościoła Katolickiego. Moi koledzy szkolni byli zawiedzeni. Spowodowało to także w pewnym sensie rozluźnienie moich więzi ze szkolnymi kolegami, ale na to wpłynęły i ogólne wydarzenia związane z wojną, a także to, że musiałem pracować i nie miałem już za dużo czasu na inne sprawy. W zasadzie straciłem kontakt z większością moich kolegów na wiele lat, a z koleżankami straciłem kontakt o jakieś dwa lata wcześniej. Z kilkoma kolegami spotkałem się następnego, 1944 roku, w październiku w Gimnazjum i Liceum im. J.I. Kraszewskiego w Białej Podlaskiej. Po czterech latach i tych kilku kolegów opuściło Białą Podlaską i dopiero przypadkowo, w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, za pośrednictwem p. Mariana Kałuskiego, byłego redaktora Tygodnika Polskiego w Melbourne, nawiązałem ponowne kontakty z kilkoma koleżankami i kolegami z Brześcia. Inicjatorką tego była koleżanka Halina Skakowska-Pilecka. W ich mieszkaniu zatrzymał się pan Kałuski, ale o tym wspomnę kiedy indziej.

Tymczasem pojawiła się sprawa uzyskania wolnej soboty nie na okres tymczasowy lecz na stałe. W tym wypadku wujek, który był przeciwny moim zamiarom, nie mógł mi pomóc. Musiałem sam załatwić tę sprawę z moim szefem - Niemcem. Był on tym zaskoczony a nawet, w żartobliwej formie, zapytał czy ja przypadkiem nie jestem Żydem. Powiedział: “wiesz co się stało z Żydami”?. Tak jak umiałem, starałem się wyjaśnić mu to zagadnienie. “Kręcił” głową, na razie zgodził się, ale kazał przychodzić do pracy w niedzielę, aby wykonywać jakieś roboty porządkowe. Sam szef mieszkał na terenie zakładu pracy. W jakiś czas potem rodzice przygotowali mu paczkę żywnościową, mąkę, kaszę i jakiś tłuszcz. Był zadowolony z tego, gdyż wysyłał paczki żywnościowe do rodziny w Niemczech. Pewnej niedzieli, gdy przyszedłem do pracy, powiedział mi: “Ty miałeś wczoraj swoje święto, a ja mam dzisiaj moje. Idź do domu”. Od tej pory nie pracowałem w sobotęani w niedzielę. Tylko wtedy, gdy była jakaś praca w terenie, poza miastem, w kierunku na Kobryń albo Kowel, gdzie często partyzanci przerywali linie telefoniczne i nawet cięli słupy telefoniczne, wtedy wszyscy jechali w niedzielę aby reperować łączność. Mnie zawsze ktoś zawiadamiał i razem z innymi jechaliśmy do pracy.

Jednakże większość prac wykonywaliśmy w samym mieście, które dobrze poznałem. Często bywałem w twierdzy, gdzie wykopywaliśmy stare kable telefoniczne (nowych zazwyczaj brakowało), które były chronione ołowianą powłoką. Były one różnej grubości w zależności od tego ile par drucików izolowanych specjalnym papierem w nich się znajdowało. Przy jednej z takich okazji odkopaliśmy żołnierza sowieckiego razem z ręcznym karabinem maszynowym. Poznałem też Trauguttowo, nowoczesne osiedle wojskowe zbudowane parę lat przed wojną, a położone przy drodze prowadzącej do Kowla, około 7km od miasta, na lewym brzegu rzeki Muchawca.Przed wojną mieściło się tam Centrum Wyszkolenia Artylerii Przeciwlotniczej. Moi koledzy z pracy byli przeważnie starsi ode mnie (było też kilku rówieśników) i nigdy mi nie dokuczali z powodu moich przekonań religijnych. Jeden z nich, pan Zbyszek, był bardzo mi przychylny i we wszystkim pomagał.

Od chwili kiedy zaczęliśmy uczęszczać na spotkania adwentystów nasze życie religijne nabrało nowych rumieńców. Mieliśmy teraz niemal codzienny kontakt z Biblią. Studiowaliśmy Biblię z pomocą kaznodziei, Józefa Rosieckiego, który odwiedzał nas i zapoznawał z różnymi zasadami, jakie wyznawał Kościół ADS. Wraz z nami studiowali nasi lokatorzy, zachęceni do tego przez rodziców. Było to młode małżeństwo, Anastazja, która pochodziła z pobliskiej wsi Ciuchenicze i jej mąż Teodor, Popielowie. Teodor pochodził z Żytomierza na Ukrainie i twierdził, że jego ojciec był Polakiem a matkę nazywano Laszką, co na jedno wychodzi. Teodor nie znał języka polskiego, ale szybko się nauczył. Był zdemobilizowanym żołnierzem z wojny fińskiej i przeszedł kurs pomocników maszynisty. Mieszkali w drugim naszym domku w podwórzu.

Dzięki tym intensywnym lekcjom biblijnym poznawaliśmy coraz więcej prawd zawartych w Słowie Bożym. Sama nazwa Kościół Adwentystów Dnia Siódmego zawiera w sobie dwie podstawowe zasady tego kościoła. Adwentyści tzn. oczekujący na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. Stało się to dla nas błogosławioną nadzieją, że zgodnie ze swą obietnicą Jezus przyjdzie jeszcze raz na tę ziemię aby wszystkich, którzy Go oczekują, zabrać do nieba, a następnie po tysiącleciu umieścić ich na Nowej Ziemi. Wszystko to, co się wokół nas działo, zaczęliśmy uważać za przepowiedziane znaki powrotu Jezusa Chrystusa. Z czasem zrozumieliśmy, że najważniejszą sprawą nie jest dokładna znajomość czasu przyjścia naszego Pana, ale osobiste przygotowanie się na to wydarzenie. W zrozumieniu tego zagadnienia pomocne nam były dwa teksty: “I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o takiej godzinie, której się nie spodziewacie” (Łuk. 12:40) oraz “Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny, o której Syn Człowieczy przyjdzie” (Mat. 25:13).

Druga część nazwy Kościoła: “dnia siódmego”, wskazuje, że sobota jest siódmym dniem tygodnia - sabatem Pańskim, który należy święcić zgodnie z czwartym przykazaniem: “Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić. Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego: Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani... Gdyż w sześciu dniach uczynił Pan niebo i ziemię, morze i wszystko, co w nich jest, a siódmego dnia odpoczął. Dlatego Pan pobłogosławił sabat i poświęcił go”. (2 Mojż. 20:8-11).

Zagadnieniem bardzo ważnym dla nas było poznanie prawdy o stanie umarłych. Człowiek po śmierci nie istnieje w postaci jakiejś duszy nieśmiertelnej. Śmierć, zgodnie ze słowami Jezusa, jest tylko snem. Gdy mówił On o śmierci Łazarza powiedział: “Łazarz, nasz przyjaciel zasnął; ale idę zbudzić go ze snu” (Jan 11:11). Wierzący otrzymają życie wieczne przy powtórnym przyjściu Chrystusa i zmartwychwstaniu sprawiedliwych.

W czasie pobierania lekcji biblijnych przygotowujących do chrztu, kaznodzieja Rosiecki skierował także naszą uwagę na proroctwa związane z historią kościoła. Proroctwa te dotyczyły także powstania Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego oraz losów świata i końcowych wydarzeń poprzedzających powtórne przyjście Jezusa. Wtedy też przy studiowaniu proroctw Daniela z 2 i 7 rozdz., w których zostały przedstawione losy mocarstw tego świata, zrozumieliśmy dokłanie, że po upadku starożytnego Rzymu i jego podziału na 10 późniejszych państw Europy Zachodniej (10 palców u nóg posągu i 10 rogów czwartej bestii) nie będzie już więcej mocarstwa, które podbiłoby całą Europę. Nie będzie więc i tysiącletniej Rzeszy. O ile, przy pierwszym moim zetknięciem się z Biblią, Objawienie św. Jana wydawało mi się niezrozumiałe, o tyle w połączeniu z ogólnymi studiami biblijnymi księga ta wraz z księgą proroka Daniela bardzo mnie zainteresowały. Od dziecka interesowałem się historią. Gdy już miałem 15 lat historia stała się moim hobby. Dlatego też tak łatwo przychodziło mi zrozumienie proroctw wypełniających się w historii. Bardzo istotne w poznawaniu zasad Kościoła ADS dla mnie oraz rodzicówi było to, że wszystkie te nauki koncentrowały się wokół Boga Ojca, Jego Syna Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego. Nie było mowy o kulcie jakichkolwiek świętych a więc i Marii jako matki Jezusa, Syna Człowieczego, których należałoby czcić i modlić się do nich. Wszelka tradycja kościelna została odrzucona, a zachowane zostały tylko te nauki i zasady, które są zawarte w Biblii.

W trakcie uczęszczania do zboru na nabożeństwa zapoznaliśmy się z nowymi ludźmi, a ja poznałem spore grono młodzieży, z którą w krótkim czasie zawarłem koleżeńskie stosunki. Byli to nowi koledzy i koleżanki, w różnym wieku, nieco starsi, w moim wieku i nieco młodsi. Mam ich wszystkich w pamięci: Mietek Sławiński, Romek i Sławek Wawrzonkowie, Zygmunt Wojciechowski, Wiktor Krawczyk, Jurek Rosiecki, który poprzednio był ze mną w klasie w szkole powszechnej i Władek Gozdecki, a z koleżanek Sonia Gozdecka, Irena Wojciechowska, Tania Krawczyk oraz Tamara i Gala Rudzińskie. To wypełniło pustkę po rozluźnieniu się kontaktów z moimi szkolnymi kolegami. W tym czasie w zborze organizowano orkiestrę i pewna grupa młodzieży męskiej w wieku 14-19 lat zaczęła uczyć się gry na instrumentach dętych. Włączyłem się do tego grona i uczyłem się gry na klarnecie. Nauczyłem się także grać na mandolinie. Z czasem nasza orkiestra niemal w każdą sobotę grała do nabożeństwa. W skład orkiestry wchodzili: Romek Wawrzonek - kornet, Zygmunt Wojciechowski - saksofon, Wiktor Krawczyk - tenor, Sławek Wawrzonek, Władek Gozdecki i ja graliśmy na klarnetach (Sławek z czasem grał też na saksofonie), pan Bagłajew, założyciel tego zespołu i zawodowy muzyk - grał na waltorni, a pan Jerzy Gawryluk*, mąż siostry Wery, także zawodowy muzyk, grał na flecie i także pomagał w ćwiczeniu naszej orkiestry.

*(Jerzy Gawryluk był znanym flecistą i po wojnie grał w Orkiestrze Polskiego Radia pod dyr. Stefana Rachonia.)

Nasze studia biblijne przygotowujące do chrztu dobiegały końca. Okazało się, że grupa katechumenów liczyła 9 osób. Oprócz moich rodziców i mnie w tym gronie znaleźli się nasi lokatorzy, Anastazja i Teodor Popielowie, Mietek Sławiński, Stanisława Makarewicz, Karolina Chorążewicz i Anna Niżnik. W niedzielę dnia 1 sierpnia 1943 roku dużą grupą udaliśmy się nad rzekę Leśną, która płynie w kierunku Bugu, kilka kilometrów na północ od Nowego Brześcia i niedaleko od wsi Ciuchenicze. Było to piękne, zalesione miejsce. W przeszłości często z braćmi i kolegami chodziliśmy tam kąpać się a nawet łowić ryby (raczej rybki). Po drugiej stronie rzeki była wysoka skarpa a z naszej strony, południowej, było plażowe zejście do wody. Było ciepło i pogoda dopisała. Kolejno wchodziliśmy do wody, a kaznodzieja Rosiecki zanurzał nas wymawiając słowa: “Chrzczę cię w imię Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego... Amen!” Wracaliśmy wszyscy szczęśliwi, że zostaliśmy włączeni do społeczności adwentowej.

W tym czasie wiele osób spośród wierzących przechodziło różne doświadczenia, które utwierdzały nas w prawdzie i pozwalały doświadczyć obecności i opieki Bożej.

Jedno z takich doświadczeń związane było z pracą Mietka Sławińskiego, który w tym czasie miał około 20 lat i był pomocnikiem maszynisty na kolei. Praca ta była b. niebezpieczna z powodu tego, że każdego tygodnia musiał wyjeżdżać pociągiem towarowym na kilka dni, a ponieważ partyzanci często wysadzali takie transporty, narażony był na utratę życia, a w najlepszym wypadku na późny powrót do domu. Najlepiej mu się układało, gdy wyjeżdżał na początku tygodnia, ponieważ wtedy nie groził mu wyjazd na sobotę. W innym wypadku sam prosił przełożonych o wyznaczenie wyjazdu na początek tygodnia.

W czasie jednego z takich wyjazdów, nocną porą, pociąg wykoleił się gdyż partyzanci rozkręcili tory i parowóz oraz wagony wyskoczyły z szyn i zleciały z nasypu. Mietek i maszynista nie doznali żadnych obrażeń, ale słysząc głosy zbliżających się partyzantów, którzy szli wzdłuż wykolejonego pociągu, wcisnęli się w najgłębsze kąty parowozu i zachowali ciszę nie dając o sobie znaku życia. Jeden z partyzantów przechodzących obok zajrzał do środka i zawołał: “Czy jest tam ktoś?”, a inny dodał: “Broś granat!” (rzuć granat). Po chwili ciszy jeden z nich powiedział: “Nawierno nikawo niet” (z pewnością nikogo nie ma) i odeszli w las. (R.Wawrzonek-Zapiski od początku).

Ojciec Mietka, pracownik kolejowy w biurze transportów, nie był przychylny adwentystom i nie podobało mu się, że jego żona i syn uczęszczają do zboru. Gdy dowiedział się, że Mietek zawsze wybiera początek tygodnia na wyjazd transportu, aby na sobotę być na nabożeństwie, postarał się o to aby naczelnik wyznaczył Mietka do wyjazdu z transportem na koniec tygodnia, a więc na sobotę.

W sobotę rano, gdy Mietek nie zgłosił się do pracy i musieli do wyjazdu wyznaczyć kogoś innego, Niemcy przyjechali samochodem i zabrali go ze sobą. Zapłakana matka przyszła na nabożeństwo i opowiedziała co się stało. Sprawa była b. poważna, gdyż Niemcy nie liczyli się z życiem ludzkim. Cały zbór modlił się w intencji Mietka. Pod koniec nabożeństwa, gdy wszyscy jeszcze klęczeli, otworzyły się drzwi wejściowe i wszedł Mietek, a widząc modlących się w jego sprawie, bardzo się wzruszył. Wszyscy byli zdumieni i wzruszeni tym widokiem.

Później Mietek opowiedział całą historię. Z domu zawieziono go do więzienia, ale wyszedł na dziedziniec więzienny i tam usiadł na kamieniu oczekując na dalsze wydarzenia. Następnie został wezwany do biura i tam jakiś czas czekał. W końcu usłyszał, że ma iść do domu. On natomiast zamiast do domu przyszedł na nabożeństwo. Później do końca swej pracy Mietek nie był już wyznaczany do wyjazdu z transportem na koniec tygodnia. Doświadczenie to wzmocniło wiarę innych.

Smutne doświadczenie przeżyła siostra Antonina Zalech, zwana Antosią. W październiku przyjęła ona chrzest razem z siostrą Jadwigą Żylińską. Jej mąż, Mieczysław, nie przeszkadzał jej w uczęszczaniu do zboru, ale nie był zainteresowany Biblią. Jesienią 1943 roku w Brześciu była wielka wpadka w organizacji podziemnej AK, do której należał jej mąż. Różnie na ten temat mówiono, a to, że ktoś zdradził, że jakiś konfident maczał w tym palce, że ktoś podsłuchał w restauracji przy wódce. Aresztowano jednej nocy kilkadziesiąt osób, z których co najmniej połowę rozstrzelano. Zginął w ten sposób mój starszy kolega, Romek Boruch, który wraz z siostrami i rodzicami do września 1939 roku był naszym sąsiadem. Jak się dowiedziałem, gdy przyszłi po niego w nocy, pod poduszką znaleźli rewolwer. Wkrótce po tej wpadce, z wyroku sądu podziemnego, rozstrzelano pewnego Ukraińca, który mieszkał niedaleko od nas na ul. Północnej. Okazało się, że był konfidentem Gestapo.

Mąż Antosi przesłał jej gryps z więzienia, w którym prosił o modlitwy w zborze w jego intencji. Modliliśmy się w jego sprawie. Po krótkim czasie został, jako jeden z niewielu, wypuszczony z więzienia. Nawet kilka razy przychodził do zboru. Jednak został aresztowany ponownie i rozstrzelany. Zalechowie mieli małego synka, Andrzejka. Antosią i jej synkiem zaopiekowali się państwo Naporowie. Siostra Zofia Napora była nauczycielką w szkole specjalnej, a jej mąż, inżynier, był agnostykiem, ale szanował jej przekonania i czasem przychodził do zboru. Siostra Antosia została u nich gosposią domową. Państwo Naporowie mieli ośmioletniego (w tym czasie) syna, Andrzejka, którego dobrze zapamiętałem. Był żywy, wesoły i grzeczny. Latem zawsze chodził w krótkich spodenkach. Nie wiedziałem, że w przyszłości będę z nim bardziej związany w życiu kościelnym niż z kimkolwiek innym.

Wszystkie doświadczenia jakie przeżywaliśmy w zborze brzeskim wpływały pozytywnie na budowanie naszej wiary, zacieśnianie naszych wspólnych więzów. Wspólne rozważanie Słowa Bożego na nabożeństwach, w domach, dyskusjach itp. poszerzały naszą znajomość prawd biblijnych. Do tego doszły także nasze osobiste doświadczenia. Moja mama, jak już wspomniałem, była bardzo uczynna i chętna do wspomagania potrzebujących w miarę naszych możliwości. Mój tata nie był temu przeciwny i wspierał w tym mamę.

Doświadczenie, o którym pragnę opowiedzieć wynikło bezpośrednio z tego co działo się w tym czasie na kresach południowo-wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej, a szczególnie w tym przypadku na Wołyniu. Mimo niemieckiego terroru, największym zagrożeniem dla zamieszkałej tam ludności polskiej byli nacjonaliści ukraińscy. Nie mogę w tym opracowaniu poświęcić więcej czasu temu zagadnieniu, gdyż jest zbyt obszerne, wspomnę więc tylko o tym co jest konieczne. Ukraińcy mogli działać prawie jawnie, bo pośrednio korzystali z niemieckiej pomocy. Do tego uzbrojenie ich było dobre. Do tych band (nazywanych początkowo banderowcami albo bulbowcami) dołączały potem całe bataliony ukraińskich formacji, które uprzednio powstały do pomocy Niemcom, a także członkowie ukraińskiej czarnej policji tzw. schutzmanów, którzy w drugiej połowie 1942 r. pomagali Niemcom niszczyć ludność żydowską (w Brześciu w końcu 1942). Ataki ukraińskich oddziałów kierowane były przede wszystkim przeciwko mieszkańcom polskich wsi, które palono, a ludność mordowano w okrutny sposób, (małym dziecim roztrzaskiwano główki o kamienie lub drzewa). Celem, jaki wystawili sobie Ukraincy, było wyeliminowanie miejscowej ludności polskiej. Polacy, gdy mogli, uciekali do większych ośrodków i miast, gdzie polskie oddziały Armii Krajowej dawały ochronę zbrojną. W niektórych miejscach przygotowywano samoobronę. Nie wszyscy jednak byli zdolni do tych ośrodków dotrzeć. Wielu na własną rękę szukało drogi ucieczki.

Na kolonii Grabina, gmina Antonówka, powiat Sarny mieszkała rodzina Michała i Walerii Jankiewiczów. Mieli dwoje dzieci: syna Jana ur. w październiku 1939 roku, po powrocie ojca z kampanii wrześniowej i córkę Alinę, która zmarła po 16 miesiącach. Michał pracował w kamieniołomach koło Sarn. W pobliżu mieszkała spokrewniona rodzina Salów, z których pochodziła Waleria. W końcu sierpnia 1943 roku rodziny te, a wśród nich siostrzenica Michała, której rodzice zostali zamordowani, szukały ratunku w ucieczce na własną rękę. Z Sarn przez Kowel dotarli do Brześcia nad Bugiem. Tam znaleźli dla siebie mieszkanie, ale potrzebowali doraźnej pomocy w postaci żywności i odzieży. Ktoś poradził im na Grajewce aby udali się do Marii i Jana Majchrowskich na ul. Zgoda 52, którzy czytają Biblię i są chętni do udzielania pomocy potrzebującym

Pierwszą osobą, która przyszła do moich rodziców, była siostrzenica Michała, która następnie przyprowadziła Walerię. W ten sposób nawiązała się znajomość a później przyjaźń Jankiewiczów z adwentystami. Po otrzymaniu doraźnej pomocy Michał zapytał o możliwość znalezienia jakiejś pracy, gdyż był bardzo ambitny i pracą chciał utrzymywać rodzinę. Na naszej posesji mieliśmy duże sterty drzewa na opał, które należało pociąć na zbliżającą się zimę. Rodzice zaproponowali mężczyznom wykonanie tej pracy za opłatą. Michał Jankiewicz i jego szwagier, Stanisław Sala, z chęcią się zgodzili. W czasie pracy i przy posiłkach, moja mama głosiła im Ewangelię, czytając przy tym odpowiednie wiersze z Biblii. Na samym początku została przedstawiona sprawa soboty, jako dnia odpocznienia. Mama była dopiero 2 miesiące po chrzcie i przedstawiała sprawy tak jak uważała. Później przyszły kolejne zagadnienia. Jak należy chwalić Boga i czy należy oddawać cześć ludziom, których powszechnie uważa się za świętych. Innymi słowy zwróciła uwagę na zmianę przykazań, jakie dokonał kościół powszechny. Przedstawione przez mamę prawdy Słowa Bożego stały się powodem gorących dyskusji i sprzeciwu ze strony słuchaczy.

Jednakże osobiste zapoznanie się z Biblią przez Jankiewiczów, a szczególnie to, że Michał zapamiętał i przypomniał sobie słowa wypowiedziane kiedyś przez pewnego księdza, który mu powiedział: “Gdy spotkasz ludzi, którzy czytają Biblię, masz ich słuchać”, przyczyniły się do tego, że powoli zaczęli nie tylko przyjmować usłyszane prawdy, ale także wprowadzać je w czyn. Najpierw, na zaproszenie mojej mamy, zaczęła uczęszczać do kościoła żona Michała, Waleria z czteroletnim synem, Janem, a później jej mąż oraz Salowie, Helena i Stanisław a także młody Józef Sala. Wtedy także dalsze duchowe wsparcie i pouczenia znaleźli u rodziny Marii i Bolesława Wawrzonków. W następstwie tego kaznodzieja Józef Rosiecki zaczął im udzielać lekcji biblijnych. W wyniku przyjęcia poselstwa drugiego adwentu, Waleria i Michał zostali ochrzczeni 18 stycznia 1944 roku przez kaznodzieję Rosieckiego i przyłączeni do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Salowie przyjęli chrzest na wiosnę tegoż roku. Po zakończeniu pracy u nas (trwała ona około 2 tygodnie), mężczyźni znaleźli inną pracę.

W międzyczasie na wszystkich frontach wojny alianci przeszli do ofensywy przeciwko państwom Osi. Niemcy próbowali jeszcze odzyskać utracone pozycje na wschodzie. Na początku lipca 1943 roku (5 lipca) rozpoczęli wielką ofensywę przeciwko wojskom sowieckim pod Kurskiem. Była to jedna z największych bitew II Wojny Światowej. Użyto w niej po obu stronach wielkich formacji wojsk pancernych. Bitwa ta objęła swoim zasięgiem duże połacie ziem aż po Woroneż i trwała do 23 sierpnia 1943 r. Zakończyła się ona wielką klęską wojsk niemieckich. Od tej chwili Niemcy już tylko cofali się a sowieci coraz bardziej zbliżali się do wschodnich granic Polski. Śledziłem to na wielkiej mapie sztabowej, która wisiała u mnie na ścianie. Także znajomi przychodzili do mnie, aby dowiadywać się jak wyglądał front. W jakiś sposób imponowało mi to, że starsi przychodzą do mnie w takich sprawach.

W dniu trzeciego września nastąpiło lądowanie wojsk alianckich w Kalabrii, w południowych Włoszech, a w dniu 8 września nastąpiła kapitulacja Włoch. W niedługim czasie skutki tego, na małą skalę, mogliśmy zauważyć na naszej ulicy. Otóż w domu i całej posesji pani Gutowskiej, położonym o cztery domy dalej na południe w kierunku ul. Legionów (dom ten wynajmowaliśmy, gdy rodzice budowali własny i tam urodził się Jurek) Niemcy założyli obóz dla internowanych żołnierzy włoskich. Nie było tam żadnych drutów kolczastych, ale była straż. Jeńcy często śpiewali i cieszyli sięz tego, że już nie muszą walczyć, że dla nich wojna się skończyła. Później zostali oni przetransportowani do większego obozu w okolicach Białej Podlaskiej w pobliżu wioski Woskrzenice. Tam w 1945 roku zwiedzaliśmy ich cmentarz wojskowy. W połowie grudnia 1943 roku, szykując się do ostatecznej rozprawy z Niemcami we Włoszech, pośród innych wojsk, alianci zaczęłi przesuwać tam II Korpus Polski gen. Władysława Andersa z Palestyny.

Kiedy upewniłem się w zasadach nauczanych przez adwentystów, które oparte były na Biblii, przyszła mi pewna myśl, którą później wyraziłem kaznodziei Rosieckiemu. Będąc przekonany, że Kościół ADS jest rzeczywiście Kościołem Bożym, pewnego razu postawiłem mu następujące pytanie, które zawierało w sobie twierdzenie: “Wujku (tak wtedy zwracali się młodzi do starszych), jeżeli ktoś zostaje adwentystą to z pewnością już nigdy nie opuszcza tego kościoła?!” Odpowiedź była dla mnie zaskakująca: “Wiesz dziecko - powiedział kaznodzieja - w życiu różnie bywa.” I to wszystko. Nic nie odpowiedziałem, ale przez długi czas nie mogłem się z tym pogodzić z jakiego powodu kaznodzieja Rosiecki nie potwierdził mojej sugestii. Po latach zrozumiałem, że nie mógł mi dać pozytywnej odpowiedzi.

Pomimo różnych doświadczeń w zborze przeżywaliśmy chwile radosne, gdy nowe osoby przyjmowały chrzest. W dniu 22 października zostały ochrzczone Antonina Zalech i Jadwiga Żylińska, a 1 grudnia Ksenia Bochen i Maria Kozłowa.

Późną jesienią przeżyliśmy kolejne doświadczenie. Otóż pewnego popołudnia przybyło do naszego domu kilku (dwóch albo trzech) mężczyzn z tajnej policji. Mówili po polsku. Zrobili rewizję przerzucając wiele rzeczy i w końcu aresztowali mego tatę i zabrali ze sobą. Oboje z mamą byliśmy bardzo przygnębieni, gdyż nie wiedzieliśmy jaki był tego powód i jakie zarzuty mieli wobec mego taty. Modliliśmy się zarówno my jak i wszyscy w zborze w tej sprawie. Już nie pamiętam dokładnie jak to się stało, ale ktoś pomógł nam w tym, iż spotkałem się z tatą gdy wywozili go z więzienia do pracy przy węglu w elektrowni. Po dwóch tygodniach i staraniach jakie mama czyniła za pośrednictwem kierownika młyna, pana Królikowskiego, w piątek wieczorem, na powitanie sabatu, gdy modliliśmy się z kilkoma innymi osobami, które do nas przyszły, nagle drzwi się otworzyły i tatuś wszedł do mieszkania. Nastąpiło radosne powitanie i znowu modlitwa dziękczynna do Boga za jego powrót.

Okazało się, że nie postawiono tatusiowi żadnych konkretnych zarzutów. Był przesłuchiwany i na kilka dni przeniesiony do innej celi z zadaniem, aby wybadał pewnego mężczyznę z Baranowicz oskarżonego o pomaganie partyzantom. W rozmowie z nim tatuś dowiedział się, że został oskarżony o to przez nieżyczliwych mu ludzi. Tak też zeznał, gdy po kilku dniach zabrano go z tej celi na przesłuchanie. Potem mego tatę wypuszczono. Za kilka tygodni ów mężczyzna z Baranowicz przyjechał ze swoją żoną do nas, aby podziękować tacie, gdyż został nieco później wypuszczony. Może właśnie po to mój tato znalazł się w więzieniu aby ktoś inny został uwolniony?

Pamiętam pewne wydarzenie jakie miało miejsce podczas jednego z sobotnich nabożeństw. W trakcie rozpoczęcia nabożeństwa drzwi od strony podwórka (gdyż tymi drzwiami wchodziliśmy na nabożeństwo) otworzyły się i wszedł niemiecki kapitan wermachtu w pełnym umundurowaniu, w pasie, na którym wisiała kabura z rewolwerem. Zapytał czy jest to nabożeństwo adwentystów, a następnie zdjął czapkę i pas z rewolwerem i powiesił na wieszaku. Ola Gozdecka mówiła dobrze po niemiecku, uczęszczała do gimnazjum i uczyła się jęz. niemieckiego. Dowiedzieliśmy się, że jest on kaznodzieją naszego kościoła, którego zmobilizowano do wojska. Został poproszony do wygłoszenia kazania, a Ola tłumaczyła. Innym razem pewien żołnierz niemiecki, pochodzący z Rumunii, był na naszym nabożeństwie. Wydał się nam nieco dziwny, gdyż odmówił poczęstunku zawierającego mięso (oczywiście czyste). W tym czasie nie byliśmy jeszcze świadomi tego, że adwentyści w swoich naukach dotyczących zdrowia zalecali wegetarianizm. Nie było to obowiązkowe, ale wynikało z zaleceń dotyczących zdrowia. To zagadnienie poznaliśmy nieco później, już po opuszczeniu Brześcia.

Pan Jerzy Gawryluk wraz ze swoją żoną Werą regularnie uczęszczali w soboty na nabożeństwa, ale on nie miał odwagi przyjęcia chrztu. Jednym z powodów było to, że jako muzyk grywał wieczorami w lokalach rozrywkowych i restauracjach, a to wiązało się z tańcami itp. Kaznodzieja Rosiecki poradził mu aby zmienił miejsce pracy i wstąpił do Orkiestry Symfonicznej. Zrobił to i nie musiał już grywać w lokalach rozrywkowych. Jednak orkiestra ta była pod zarządem niemieckim.

Na początku 1944 roku Niemcy postanowili ewakuować orkiestrę, jak mi się wydaje, do Prus Wschodnich. Pan Jerzy zwrócił się wtedy do kaznodziei Rosieckiego z prośbą aby go ochrzcił, gdyż jak mówił, nie wie co się może zdarzyć w warunkach wojennych i czy będzie jeszcze miał możliwość spotkania się z adwentystami i przyjęcia chrztu.

Obrządek chrztu świętego miał się odbyć 3 lutego 1944 roku. Na końcu ogrodu u br. Wawrzonków były dwa stawy. Jeden z nich był większy, ale z powodu surowych mrozów był pokryty dość grubą pokrywą lodową. Romek Wawrzonek zrobił wystarczająco dużą przerębel, do której wstąpili kaznodzieja Józef Rosiecki i Jerzy Gawryluk. Po dokonaniu obrządku chrztu świętego obaj, przykryci natychmiast kocami, szybko pobiegli do domu, gdzie były przygotowane duże miednice z ciepłą wodą, aby mogli ogrzać nogi. Niedługo potem Gawrylukowie opuścili Brześć wraz z orkiestrą symfoniczną. Po wojnie Jerzy i Wera Gawrylukowie zostali członkami zboru warszawskiego.

W tym czasie rodziny Jankiewiczów i Salów (ci ostatni nie byli jeszcze ochrzczeni) przechodziły własne doświadczenia. Było to już na przełomie zimy i wiosny 1944 roku. Wtedy było już wiadomo, że nadchodzi kres panowania Niemców nad Europą. Niemcy cofali się na całej linii frontu wschodniego od północy na południe. W nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku wojska sowieckie przekroczyły wschodnią granicę Polski na wysokości Saren. Zaczynały się walki na terytorium Polski, Wołynia i Podola na południu oraz Nowogrodzkiego i Wileńskiego na północy.

Niemcy zaczęli powoływać ludzi do przymusowych robót przy kopaniu okopów i umacnianiu starej linii obronnej z I Wojny Światowej. Wszyscy zostali poddani ostremu rygorowi i nie wolno było opuszczać żadnego dnia pracy. Michał Jankiewicz i jego szwagrowie Stanisław i Józef Salowie wystąpili z prośbą o wolną sobotę ze względów religijnych, a o tym decydował młody kapral. Zagroził im, że o ile nie przyjdą w sobotę do pracy, to w poniedziałek postawi ich pod ścianę na rozstrzelanie, a wtedy okaże się ich wiara. Oczywiście, że nie poszli w sobotę do pracy, ale przyszli na nabożeństwo do zboru, gdzie wszyscy modlili się w ich sprawie. W poniedziałek, gdy z obawą o swoje życie przybyli do pracy, nie zastali owego kaprala, który w sobotę został wysłany na front wschodni. Natomiast nowy zwierzchnik, sierżant w starszym wieku, po wysłuchaniu ich prośby o wolną sobotę, nie tylko zgodził się na to, ale publicznie wszystkim o tym ogłosił. Podniosło ich to bardzo na duchu, gdyż ich współpracownicy byli do nich, jako heretyków, źle nastawieni. W taki sposób Bóg, jak o tym często wspomina Biblia, zamienił niebezpieczeństwo w zwycięstwo. To doświadczenie jak i inne temu podobne budowały wiarę nie tylko tych, którzy przez nie przeszli, ale były niezwykle zachęcające i pocieszające dla wszystkich członków zboru.

Na początku kwietnia, gdy nastała wiosna i zrobiło się ciepło, trzy osoby z rodziny Salów: Józef, Stanisław i jego żona Helena oraz Zofia Burzyńska i Romanienko zostały ochrzczone w rzece Leśnej. Był to ostatni chrzest dokonany przez kaznodzieję Józefa Rosieckiego w Brześciu nad Bugiem.

Począwszy od kwietnia coraz bardziej widoczne było zbliżanie się frontu w naszym kierunku. Wojska sowieckie bez przerwy parły na zachód mimo zaciekłej obrony Niemców. Dochodziły do nas wiadomości o silnych bojach koło Kowla (walki zaczęły się 9 kwietnia) na południe od Brześcia. Miasto przechodziło kilkakrotnie z “rąk do rąk”.. W operacji tej wzięła udział 27 Wołyńska Dywizja AK. O zbliżającym się froncie mogliśmy wnioskować z tego, że pewnego dnia na naszą ulicę na odcinku od ul. Legionów do ul. Północnej przyjechało mnóstwo samochodów półciężarowych (dostawczych) i we wszystkich domach, w zależności od ich wielkości, zakwaterowani zostali, po czterech lub sześciu, kierowcy tych samochodów. U nas zajęli jeden pokój dla czterech kierowców. Samochody parkowały na podwórkach i ulicy. Zołnierze zachowywali się poprawnie i nie mieliśmy z nimi kłopotu. Pewnej soboty jeden z nich chciał rozpalić w piecu i coś ugotować i miał zamiar narąbać drzewa. Było to z rana przed pójściem na nabożeństwo. Moja mama jak umiała wyjaśniła mu, że u nas jest święto i nie powinien rąbać i wskazała mu miejsce gdzie mieliśmy porąbane drzewo. On uśmiechnął się, odłożył siekierę i wziął gotowe drzewo do palenia.

W miarę jak front przybliżał się, niektórzy mieszkańcy miasta zaczęli opuszczać swoje domy i wyjeżdżać za Bug, na zachód. Nie ominęło to i naszego adwentowego środowiska. Pierwszym, który opuścił nasz zbór był Sławek Wawrzonek, którego zabrał do siebie przybyły z Piotrkowa Trybunalskiego jego szwagier, kaznodzieja Jan Borody. Było to w końcu lutego albo na początku marca. W jakiś czas potem wyjechał jego brat ,Romek Wawrzonek. Braterstwo Wawrzonkowie także przeżywali swoje doświadczenia, a szczególnie brat Bolesław i Romek, a chodziło o wolną sobotę w pracy na kolei, gdzie przez jakiś czas obaj pracowali. Szczegółowo i interesująco pisze o tym Romek w swojej książce pod tytułem “Zapiski od początku” (Brześć nad Bugiem, 1923-1945). Oni także opuścili Brześć, jak mi się wydaje w końcu kwietnia.

Coraz więcej Polaków opuszczało Brześć, a 12 kwietnia oficjalnie ogłoszono dobrowolną ewakuację do Generalnego Gubernatorstwa, czyli centralnej Polski. Początkowo z ewakuacji mogli skorzystać tylko ludzie starsi, ułomni i dzieci, a inni mieli pozostać dla wykonywania swoich prac.

W międzyczasie swoje doświadczenie przeżyli państwo Zofia (była ochrzczoną adwentystką) i Jan Naporowie z synem Andrzejem. Mieszkali oni w centrum miasta, na ul. 3 Maja naprzeciw koszar 4 Batalionu Wojsk Pancernych. Było to jedno z dwóch mieszkań znajdujących się na I piętrze. Mieszkanie było kilkupokojowe z dwoma wejściami, w tym jedno od kuchni. W największym pokoju kwaterował wysokiej rangi oficer niemiecki. Pewnego wieczoru poprosił on o pozwolenie wykorzystania jeszcze jednego pokoju na jakieś przyjęcie. W trakcie przyjęcia do drzwi kuchennych ktoś zaczął się gwałtownie dobijać i p. Naporowie nie wiedzieli co robić. Wtedy do kuchni wszedł kwaterujący oficer, poprosił o coś i słysząc dobijanie się otworzył drzwi i zobaczył stojących gestapowców. Zbeształ ich, że zakłócają spokój i rozkazał im odejść. Następnego dnia okazało się, że z mieszkania po drugiej stronie korytarza został aresztowany i zabrany przez gestapo mężczyzna, a także inny mężczyzna z parteru. Gdyby nie obecność tego oficera z pewnością gestapowcy zabraliby pana Naporę.

Od drugiej połowy kwietnia, jeżeli nie codziennie to co kilka dni, zaczęły odchodzić, dostępne dla wszystkich, pociągi ewakuacyjne za Bug. Jednym z nich, dnia 21 kwietnia odjechali do Rembertowa pod Warszawą, kaznodzieja Józef Rosiecki z żoną Leokadią i synem Jerzym. Pozbawieni przywództwa starszych, sami organizowaliśmy nabożeństwa, do czego upoważnił mego tatę kaznodzieja Rosiecki, gdyż mieszkaliśmy najbliżej miejsca nabożeństw. Później, po naszym wyjeździe, kierownictwo zboru przeszło na brata Aleksandra Krawczyka, który wraz z żoną Anastazją był adwentystą od 1937 roku. Mieli troje dzieci, Wiktora, który był starszy ode mnie o rok i był ochrzczony, oraz dwie córki Tanię i Zoję. Wyjeżdżając do Piotrkowa Trybunalskiego, do opieki nad swoim domem br. Wawrzonkowie upoważnili s. Poleszczukową. Jednakże sprawy ułożyły się nieco inaczej.

Z początkiem maja lotnictwo sowieckie zaczęło nękać nasze miasto nocnymi nalotami. Trwało to z większymi i mniejszymi przerwami niemal do końca naszego pobytu w Brześciu. Jakkolwiek naloty nie odbywały się każdej nocy i nie zawsze całe miasto było bombardowane to jednak każdego wieczora spodziewaliśmy się ich i należało czuwać. Najbardziej bombardowano miejsca tam, gdzie były jakieś obiekty, które sowieci uważali za strategiczne. Czasami bombardowane były zupełnie “niewinne” dzielnice, a czasem obiekty wokół miasta, gdzie znajdowały się baterie artylerii przeciwlotniczej. Takie baterie były o kilkaset metrów od naszego domu. Na ogół wszyscy w swoich ogrodach wykopali jakieś schrony większe lub mniejsze i były one często czymś pokrywane. Nie chroniły one przed bombami, ale przynajmniej dawały schronienie przed odłamkami. Żołnierze niemieccy, kwaterujący u nas i w innych domach, wykopali takie schrony osobno dla siebie. Pan Napora wykopał schron dla swojej rodziny w ogrodzie Wawrzonków i niemal na każdą noc przychodzili oni ze swego mieszkania w mieście aby czuć się bezpieczniej, a w czasie bombardowania chowali się w schronie.

Nigdy nie było wiadomo kiedy będą naloty. Czasami z większymi lub mniejszymi przerwami, a niekiedy co noc lub co drugą noc. Zwykle nie szliśmy spać wcześniej jak po godz. 23.00. Jeżeli do tej godziny nie było nalotu, to na ogół później nie było go w ogóle. Wieczorami czasami czytaliśmy Biblię lub coś innego, ale też przybiegał do mnie przez podwórka (z uwagi na godz. policyjną) z ul. Jedność Zygmunt Wojciechowski i wtedy graliśmy w szachy. Bomby zrzucano seryjnie. Pamiętam jak pewnej nocy bomby zaczęły padać coraz bliżej w naszym kierunku i gdy przeczuwaliśmy, że następna spadnie na nas, nastąpiła przerwa i druga seria zaczęła spadać po drugiej stronie ulicy. Pewnej nocy w czasie bombardowania nastąpiły wielkie eksplozje, którym towarzyszyły fajerwerki. Czy były to składy amunicji trudno mi powiedzieć. Mówiono później, że był to skład materiałów pędnych i brzmiało to bardziej przekonywująco. Rozpalone beczki z benzyną unosiły się w górę i tam pękając tworzyły dla nas, oglądających to widowisko, “wspaniałe” fajerwerki, a dla ludzi mieszkających w pobliżu olbrzymie zagrożenie. Pamiętam bombardowanie z piątku na sobotę. Wtedy bomby padały także w naszej dzielnicy. Kiedy rano poszliśmy na nabożeństwo do domu Wawrzonków okazało się, że jedna bomba spadła w ogrodzie sąsiadów, a w ich mieszkaniu, (Wawrzonków już wtedy nie było), w pokojach gdzie zgromadzaliśmy się, było wiele nieporządku, gdyż szyby były powybijane od wstrząsu bomby. Trzeba było najpierw posprzątać, a zaczęli to już czynić państwo Naporowie, którzy tej nocy tam przebywali.

Po blisko dwumiesięcznym kwaterowaniu oddziału transportowego na naszej ulicy, pewnego dnia, gdzieś w połowie czerwca, wojska te przeniosły się w inne miejsce, jak się później okazało, w okolice Białej Podlaskiej. Świadczyło to o zbliżaniu się frontu w naszą stronę.

Swego rodzaju doświadczenie przeżyła samotna siostra Stasia Makarewicz, która razem z nami brała chrzest. Mieszkała ona w śródmieściu i miała pokój na I piętrze. Pewnej nocy było silne bombardowanie, a w jednej połowie tego domu w tym czasie odbywało się jakieś przyjęcie z tańcami. Bomba uderzyła właśnie w tę część domu, gdzie zginęło 27 osób. Roztrzęsiona ze strachu Stasia, przybiegła do nas z samego rana z walizeczką, gdyż uważała, że u nas będzie dla niej bezpieczniej. Tak się złożyło, że następnej nocy było ponowne bombardowanie i to akurat w naszej dzielnicy, a my siedząc w schronie razem z nią, słyszeliśmy jak bomby padały niedaleko nas. Tej nocy nie bombardowano miasta. Stasia była w szoku. Natychmiast po śniadaniu zabrała swoją walizkę i udała się (nie wiem jakim sposobem, pieszo czy jakimś pojazdem) do Jamna. Była to wioska położona około 12 km na południowy wschód od Brześcia. W miejscowości tej była grupa adwentystów (kilkanaście osób) w większości Białorusinów. Znajdowały się tam baterie artylerii przeciwlotniczej. Ponownie tej nocy, gdy ona tam się znalazła, miejscowość ta była bombardowana jak i inne miejscowości, gdzie były baterie przeciwlotnicze. Ze strachu, następnego dnia, wróciła do Brześcia i wsiadła w pociąg ewakuacyjny udając się do Siedlec, gdzie zamierzała zatrzymać się u siostry Knapiukowej. Z powodu nocnych nalotów pociąg nie zatrzymał się w Siedlcach, ale dotarł do Mińska Mazowieckiego i tam stanął z powodu blokady wielu innych pociągów towarowych. Tej nocy było silne bombardowanie Mińska Mazowieckiego i tych wojskowych transportów. Bomby spadły na pociąg wiozący różnego rodzaju amunicję. Nastąpiły wielkie eksplozje, które doprowadziły Stasię do szału. Potem jakoś dotarła do Siedlec. O tym wypadku dowiedzieliśmy się już po przejściu frontu nad Wisłę, gdy sami znaleźliśmy się w Białej Podlaskiej.

W pierwszej połowie maja, w czasie, gdy my przechodziliśmy swoje doświadczenia i narażeni byliśmy na wielkie niebezpieczeństwo, II Korpus Polski gen. Andersa, prowadził walki o zdobycie Monte Cassino. Ruiny klasztoru zostały zdobyte i 18 maja powiewała nad nimi polska flaga. Echa tego zwycięstwa doszły do kraju, ale do nas z większym opóźnieniem. Tatuś czasami przynosił do domu Biuletyn Informacyjny, centralny organ Armii Krajowej, poza tym niektórzy słuchali potajemne audycji radiowych. Nam również udało się parę razy posłuchać polskich audycji z Londynu u znajomych. Pod koniec kwietnia w rejonie Kiwerc na Wołyniu znalazły się dywizje I Armii Wojska Polskiego gen. Zygmunta Berlinga, które 20 lipca przeszły Bug w górnym jego biegu i znalazły się w Polsce centralnej. O tej armii niewiele wtedy jeszcze wiedzieliśmy w Brześciu. Otwarcie drugiego frontu przez aliantów na Zachodzie, które nastąpiło w dniu 6 czerwca 1944 roku, odbiło się u nas dalekim echem, gdyż wtedy nie mieliśmy większych wiadomości na ten temat, ponieważ sprawy wschodnie absorbowały nas bardziej niż cokolwiek innego.

W miarę zbliżania się frontu, coraz więcej pociągów ewakuacyjnych opuszczało Brześć, a jednocześnie zamykano coraz więcej zakładów, a niektóre były zniszczone bombami. Dokładnie nie pamiętam kiedy zamknięto mój zakład pracy, gdyż nie było już potrzeby utrzymywania połączeń telefonicznych, ponieważ wojsko przejęło całą służbę łączności. Było to chyba w końcu czerwca lub na samym początku lipca. Niedługo i młyn przestał pracować. Na początku lipca przebywaliśmy wszyscy w domu i nie wiedzieliśmy dokładnie co z sobą robić. Rodzice nie zdobyli się jeszcze wtedy na pozostawienie całego naszego dobytku na pastwę losu. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że gdy ponownie przyjdą sowieci to nie będą lepsi niż byli poprzednio i grozić nam będzie wywiezienie na Sybir. Tatuś nie wierzył w niektóre pogłoski, że oni się jakoś zmienili. Decyzja wyjazdu z Brześcia przyszła nagle i niespodziewanie. Przestały już kursować pociągi ewakuacyjne, a jedyną możliwością ucieczki było przejście pieszo z Brześcia do Terespola a skąd pociągi jeszcze kursowały.

W dniu 16 lipca, w sobotę, byliśmy ostatni raz na wspólnym nabożeństwie, mimo, że sami nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Było nas już niezbyt wielu, gdyż niemal wszyscy polscy członkowie opuścili Brześć i pozostali tylko nieliczni Polacy oraz grupa Rosjan i Białorusinów. Gdy po powrocie do domu ze zboru siedzieliśmy we trójkę, nie pamiętam czy to w trakcie obiadu czy po obiedzie, wpadł nagle do nas wujek Katkowski i powiedział, że przyjechał do nich pewien żołnierz niemiecki ze swoją półciężarówką, aby ich zabrać do Białej Podlaskiej i my także możemy się z nimi zabrać. Pamiętam, że wtedy mama dała wujkowi taką odpowiedź: “Dzisiaj jest sobota, dzień święty i nie chcemy go naruszać, a jeżeli mamy wyjechać to Bóg da nam inną sposobność”. Wujek odpowiedział, że przez sobotę możemy stracić życie i odszedł pożegnawszy się z nami.

Zostaliśmy sami aż do zachodu słońca i wtedy pomodliliśmy się razem z naszymi lokatorami, prosząc Boga o opiekę i pokierowanie naszymi krokami. Następnego dnia około godziny 13.00 zajechał pod nasz dom samochód wojskowy i kierowca, jeden z tych, którzy kwaterowali na naszej ulicy szereg tygodni wcześniej, zwrócił się do nas z pytaniem czy mamy chęć wyjechać, gdyż udaje się do Białej Podlaskiej i może nas ze sobą zabrać. Wtedy już nie mogliśmy odrzucić tej propozycji, gdyż była to dla nas odpowiedź, że Bóg daje nam sposobność abyśmy opuścili nasze miasto. Mama poczęstowała żołnierza obiadem, a w międzyczasie, w ciągu godziny lub nieco dłużej spakowaliśmy się i zabraliśmy to co najważniejsze, pościel, ubranie, dokumenty itp. Pomodliliśmy się przed odjazdem i pożegnaliśmy się z Popielami po czym odjechaliśmy nie zdając sobie sprawy z tego, że na zawsze. Żołnierz powiedział, że wszystkie mosty są podminowane i możemy przejechać jedynie mostem przez twierdzę.

Za półtorej godziny znaleźliśmy się w Białej Podlaskiej, a stamtąd zawiezieni zostaliśmy do Cicibora, wioski położonej około 3-4 km od miasta. Nie wiem jak rodzice dowiedzieli się przedtem, że tam mieszkają br. Stefania i Józef Nurzyńscy ze swoimi dziećmi u matki s. Nurzyńskiej, Ryszko. Moi rodzice znali Nurzyńskich w Brześciu, gdy oni nie byli jeszcze adwentystami. Nurzyńscy, będący członkami zboru brzeskiego, jakiś czas przed wojną wyjechali do Wilna, a stamtąd przed wejściem sowietów w 1940 roku wyjechali do Cicibora. Przenocowaliśmy u nich, a rano tatuś poszedł do Wilczyna, jakieś 3 km od Cicibora, gdyż tam przebywała rodzina mojej mamy. Dziadek przyjechał furmanką i zabrał nas. Dowiedzieliśmy się później, że po ponownym zajęciu Brześcia przez sowietów w dniu 28 lipca, na trzeci dzień przyszło po nas NKWD, aby nas zabrać.

Tak zakończył się pierwszy etap mojej drogi do adwentyzmu. Na tym etapie nie tylko zapoznałem się z Biblią, poznałem prawdy w niej zawarte, lecz również zacząłem poważnie zastanawiać się nad celem życia i podejmowaniem właściwych decyzji. Do 14 roku życia rozmyślałem a karierze wojskowej. Wychowany byłem w duchu patriotycznym, co pozostało we mnie do dzisiaj, choć traktuję to nieco inaczej. Wtedy uważałem, że wyrazem mojego patriotyzmu będzie poświęcenie się służbie wojskowej, gdyż mój tatuś jako młody ochotnik służył w 2 p.p. Legionów w wojnie obronnej z bolszewikami w 1920 roku. Następnie, od 1923 roku, odbył kilkuletnią służbę czynną w 82 p.p w Brześciu nad Bugiem, a później całe swoje życie, aż do wybuchu II Wojny Światowej był urzędnikiem wojskowym w RKU (PKU). Większość naszych znajomych to byli wojskowi i ich rodziny, a do tego mieszkaliśmy w pobliżu ul. Północnej, którą przez całe lata maszerowały codziennie kompanie dwóch pułków piechoty (82 i 35) na ćwiczenia w pobliskim II Forcie, gdzie kilometrami ciągnęły się lasy i pola małego poligonu, a my jako chłopcy często towarzyszyliśmy im w marszu. Miało to na mnie wielki wpływ. Jednakże poznanie Słowa Bożego skierowało moje myśli i dążenia w taki sposób, że doprowadziły z czasem do tego, iż zostałem żołnierzem Chrystusa.

Posłowie:

Chciałbym podzielić się pewnymi spostrzeżeniami, jakie poczyniłem w późniejszych latach. Otóż ów niewielki zbór jaki był w Brześciu nad Bugiem, a więc na Kresach Wschodnich, liczący kilkadziesiąt członków plus dzieci i nieochrzczona młodzież, wydał z siebie wielu ludzi, którzy w jakiś sposób przyczynili się do rozwoju polskiego adwentyzmu w kraju i za granicą - Romuald Wawrzonek został pastorem w Polsce, a później w Australii oraz przez jakiś czas redaktorem “Wiadomości Polonii Adwentystycznej”; Sławek Wawrzonek był starszym zboru w Newcastle w Australii; Józef Nurzyński był starszym zboru w Białej Podlaskiej, a później w Stargardzie Szczecińskim; Jerzy Nurzyński był skarbnikiem w Diecezji Południowej, pastorem w okręgu katowickim oraz wieloletnim starszym zboru w Canberze i opiekunem grupy polskiej w tym zborze, a także starszym zboru na Gold Coast oraz opiekunem polskiej grupy; Michał Jankiewicz był starszym zboru w Piotrkowie Trybunalskim, a później starszym Zboru w Newcastle; Jan Jankiewicz był pastorem w Polsce, a obecnie jest pastorem w Australii, w Newcastle; Andrzej Napora był starszym zboru w Adelajdzie, redaktorem technicznym “Wiadomości Polonii Adwentystycznej” a od 12 lat jest redaktorem polskich audycji “Głosu Nadziei” w Adelajdzie; Jan Majchrowski był wieloletnim starszym zboru w Białej Podlaskiej; Eugeniusz J. Majchrowski był pastorem w Polsce, w Melbourne i Adelajdzie i przez 32 lata związany z redagowaniem “Wiadomości Polonii Adentystycznej”, najpierw jako sekretarz a następnie redaktor aż do chwili obecnej mimo, że od 14 lat jest w stanie spoczynku.

Gdzie osiedlili się członkowie, którzy opuścili Brześć. Nie wszystkich poznałem dostatecznie i nie wszystkie nazwiska zapamiętałem, ale oto ci, których znałem bliżej: Wawrzonkowie, Jankiewiczowie i Salowie zamieszkali w Piotrkowie Trybunalskim. Rosieccy, Gawrylukowie i s. Rudzińska z mężem i córkami w Warszawie. Jadwiga Żylińska w Małaszewiczach, została członkiem zboru w Białej Podlaskiej. Naporowie, Antosia Zalech z synem w Krakowie a później Gliwicach. Karolina Chorążewicz w Gdańsku. Ksenia Bochen w Lublinie, Wojciechowscy w Oleśnicy Śląskiej - koło Wrocławia, Mietek Sławiński w Łodzi, Stasia Makarewicz w Siedlcach, Majchrowscy razem z Nurzyńskimi w Białej Podlaskiej.


- Eugeniusz Jan Majchrowski


© Wiadomości Polonii Adwentystycznej (Polish Adventist News)

Przeczytaj poprzednią część cyklu wspomnień


Dodaj swój komentarz...


MEDIA







REKLAMA




REKLAMA




ADRA DLA DZIECI




(c) 2006-2009 Adventist Warsaw Media Group - Niniejszy serwis jest niedochodową i wolontaryjną działalnością członków zboru Warszawa-Centrum.